Jak świetlik pędzący nocą po lesie,
jak liść którego jesienią wiatr silny niesie,
jak rzeka rwąca u podnurza skały,
jak gwiazdy co latem z niebiosa spadały,
jak rosa ginąca w promieniach słońca,
jak deszcz co od dawna pada bez końca,
jak ryba na słońce rzucona bez wody,
jak słońce będące urokiem pogody,
myśli nieznane kłębiące się w głowie,
słowa,których już nigdy nikt nie wypowie.
Rzucona na łono Matki Natury,
patrzy jak Bestia wystawia pazury.
Pada na ziemię,chowa się w trawie.
Nie widzi jej Bestia...prawie.
Najpierw złapała dziewczę za gardziel
i ciśnie nią w ziemię bardziej i bardziej,
potem pazurem wbija się w serce,
zębami szarpie ów dziewczę za ręce.
Dziewczyna umiera na łonie natury
a Bestia wyciąga z niej swoje pazury.
Zostawia tak sępą samą padlinę
i pędzi by dopaść następną dziwczynę.
Serca wyrywa,odbiera im mowy,
lecz daje im wolność i życia sens nowy.
Gdy on ją zapomni powstaje dziewczyna
i nowo zrodzone swe życie zaczyna.
Nad ranem już w lesie nie widać świetlika,
pędzący wraz z wiatrem liść z oczu znika,
rzeka gdzieś w końcu z morzem się łączy,
gwiazda jak spadła to już się nie włączy,
w południe po rosie wspomnienie zostaje,
a deszcz zawsze kiedyś padać przestaje,
ryba na słońcu zamienia się w posąg
a słońce zachodzi za nocy powłoką.
Wszystko z początkiem do końca dochodzi;
dziewczyna dziś jest lecz jutro odchodzi.

