Z portu wypływam w mdły zgiełk dusz wzburzonych
Porwane żagle przez życie wspaniałe
Chwytam światełka spojrzeń rozognionych
A gdzie odnaleźć szlachetne, nieśmiałe.
Bez śladu wyniosłości niezasadnej
Czyste oczy rozsądku i spokoju
Bez śmiechu z uczciwości nieporadnej
Gotowe pomóc prawdzie wyjrzeć spod stert...
Niezmiennie wracam, schować głowę w piasku
Zacisznej plaży swego portu-domu
W trwaniu nie myśląc o moście czy pasku
Wierząc tylko w siebie, nie ufam nikomu.

