Chłód kaplicy wypełniony smutkiem
I bolesnym serca kołataniem
Czarną wstęgą przewiązane lilie białe
Ze złocistym ostatnim pożegnaniem
Na centralnym miejscu w zdobnej skrzyni
Leży zimne jak lód Twoje ciało
Chcę obudzić się z tego koszmaru
Niech odstanie się to, co się stało
Twoja twarz oświetlona blaskiem świecy
W śmiertelnym grymasie się układa
Niewzruszona moim ciepłym oddechem
Taka zimna pozostaje i blada
Dotykam Twej koszuli i kołnierza
Lecz mój oddech nagle się urywa
Moje serce zaciska się z bólu
Bo wiem, co ten kołnierz ukrywa
Powracają dręczące wspomnienia
Każda myśl coraz bardziej mnie rani
Dla zegarka i garstki drobniaków
Nożem życie wycięli z Twej krtani
Odszedłeś zostawiając w sercu pustkę
Ze swojej bliskości mnie obdarłeś
Obiecałeś, że na zawsze będziesz ze mną
Ja nie wierzę, że beze mnie umarłeś
I krzyczę byś otworzył wreszcie oczy
Byś zakończył to śmiertelne udawanie
I zaczynam bić pięściami w martwe ciało
- Nie zostawiaj mnie tu samej, kochanie!
Nagle budzę się z wołaniem na ustach
I z nadzieją, że to tylko wizja senna
Lecz niestety miejsce obok jest puste
A ma przeszłość pozostaje niezmienna

