Ona wyrywa się i śpiewa,
choć zewsząd ręce nadciągają,
zachłannie kradną słońce drzewa,
Żywioł mej duszy odbierają.
Ona paliła się i płonie,
gdy wokół pięści napierają,
niezmiennie po horyzont błonie.
Pejzaż mej duszy zamykają.
Nadal nie gaśnie i jaśnieje,
nie wpadnie w garści zaciśnięte,
stłaczane razem w sterty knieje.
Wolność mej duszy niepojętej.
Kiedyś się wyrwie i uniesie,
zostawi szpony wyciągnięte,
splatane z sobą gęstwy w lesie.
Spokój mej duszy wniebowziętej.

