Na fali prądów, nisko, wysoko,
W kaskadach złości, w przebłyskach gniewu.
Pochmurne świty i wodne wiry,
Śniegiem maszt spowity, czarna toń.
Pokład, choć był niepokonany,
Pęka, balast złudzeń, ciężkie rany.
Niezbadane pod powierzchnią
Lodowe skały i próżny trud.
Oddechem zimy zaskoczone,
Skrzydła motyla zastygły siwo.
A letnia, bezcenna chwila
Przepadła, został śmiertelny szron.
Forma nad treść, czas zabiegany,
Nie podobały się, bajek puenty,
Targi, stragany, to życie,
Jak motyl błahe, bez zachęty.

